środa, 14 września 2016

Dodatek #3

Nie jest tego za dużo, ale myślę, że wie ważne jest ilość w tym przypadku. To co chciałam to zawarłam. Może w trochę inny sposób niż na początku myślałam, ale końcowy efekt jest dobry.
To jest definitywny koniec z Prosto w ogień. Brzmi trochę strasznie, ale kiedyś musiało to nastąpić.
Issuke zasługiwało na takie zakończenie, przynajmniej według mnie.
Zapraszam na nową historię gdzie pojawił się już prolog: pomodl-sie-za-mnie.blogspot.com
Pozdrawiam :)

***

Nocą Isaac nie może zasnąć. To ten czas kiedy budzą się wszystkie demony jakie zamieszkują jego głowę, blizny są wtedy zbyt widoczne, a spokojny oddech Luke, który śpi obok niewystarczający. Nocą jest moment kiedy Isaac rozmyśla. Myśli o swoim życiu, przeszłości, błędach, chłopcu przytulonym do niego. Jedynie na co sobie wtedy pozwala to kilka płytszych wdechów, które poza tlenem do jego organizmu dostarczają jeszcze cała masę niechcianych emocji. Isaac czasami boi się tych uczuć.

Boi się miłości jaką obdarzył tego chłopca. 

Isaac patrzy na drobną sylwetkę Luke, który jest przykryty kołdrą tylko do połowy. Jego niesforne ciemne włosy zasłaniają prawie całą twarz chłopaka. Luke przytula go mocno, z nogą przewieszoną przez biodro Isaaca i głową ułożoną na klatce piersiowej. Mężczyźnie to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – od jakiegoś czasu nie wyobraża sobie nocy kiedy miałoby zabraknąć młodszego. Nie ma pojęcia jakby zareagował gdyby pewnego poranka nie zobaczył Luke ubranego w jedną z jego koszulek, z rozczochranymi włosami i nieśmiałym uśmiechem, którym witał go codziennie. Przyzwyczaił się do tego, że z kubkiem kawy w ręce i kwaśnym uśmiechem pyta się młodszego chłopaka czy nie ma własnych ubrań. Luke uśmiecha się wtedy tylko i odpowiada, że w jego koszulkach jest mu wygodniej i wygląda w nich dużo lepiej niż on sam. Isaac nie zaprzecza.

Boi się strachu, który odczuwa kiedy myśli o tym, że Luke mogłoby nie być.

Nigdy nie rozmawia z Lukiem na temat jego blizn. Kiedyś kiedy chłopak już spał, Isaac policzył wszystkie cienkie cięcia na nadgarstkach i przedramionach. Płakał, całując poranione ręce Luke. Słone łzy mieszały się z jego niemym krzykiem. Wiedział, że istnieją jeszcze blizny na udach. Znalazł je tam ostatnio. Jedyne co powiedział wtedy Luke to to, że one były pierwsze. Isaac bał się, że pewnego razu, któreś cięcie będzie ostatnim. Chociaż młodszy chłopak obiecał mu, że od czasu kiedy do niego wrócił, nie sięgnął po żyletkę, Isaac nie przestał się bać. Mężczyzna obawia się, że jego pięknie złamany chłopiec pewnego dnia upadnie, a on nie będzie umiał go podnieść.

Boi się uczucia pustki jaką widzi patrząc w oczy Luke.

Kiedy po raz pierwszy Isaac go zobaczył – na cmentarzu, całkowicie przemoczonego, zgarbionego nad grobem matki i sióstr – w oczach Luke widział jedynie pustkę. Zielone spojrzenie, które powodowało ciarki na jego plecach. Oczy Luke mimo że puste i bez wyrazu, mówią dużo więcej niż wzrok jakim patrzy na niego chłopak kiedy wręcza mu pluszowego słonia, którego wygrał dla niego w wesołym miasteczku. To spojrzenie przerażonego dziecka, które spadło na samo dno. Isaac wyciągając do niego rękę, spojrzawszy w te zielone tęczówki, wiedział na co się pisze. Na telefony pełne przerażenia o drugiej w nocy, na łzy bólu i krzyki nienawiści. Ale szczęście i iskierki radości w oczach Luke wynagradzają mu każdą nieprzespaną noc, podczas której zamartwiał się o tego smutnookiego chłopca.

Boi się nienawiści jaką odczuwa patrząc na własne blizny. 

Stojąc w łazience przed lustrem i patrząc na własne ciało, czuje obrzydzenie. Blizny po oparzeniach zostaną z nim na zawsze. Jedynie to na szyi zakrył tatuażem. Wszystkie inne na co dzień może schować pod warstwami ubrań, tak aby inni ludzie nie patrzyli się i nie zadawali miliona pytań. Jedynie lekarze i Luke widzieli wszystkie blizny po pożarze. Jedynie oni mogą zrozumieć jego ból. Isaac nie zaprzecza kiedy jego ojciec krzyczał, że to wina Luke, ale fakt, że to on wyniósł go z płonącego budynku jest wyrównaniem rachunków. Czasami tylko Isaac ma ochotę krzyczeć i obwinić o wszystko młodszego chłopaka. Chciałby by Luke poczuł jego ból z jakim musiał się zmierzyć kiedy płomienie dotykały jego ciała, jak bolesne były spojrzenia pełne współczucia z strony rodziców kiedy lekarz mówił o jego stanie zdrowia. Ale Luke ma własne blizny, z którymi musi się zmierzyć. I może to powoduje, że oboje rozumieją się bez słów.

Boi się poczucia bezpieczeństwa jaką oferuje chłopcu.

Isaac nie ma rodzeństwa. Nie musiał nigdy oglądać bajek z Myszką Miki i budować wielkich wież z klocków, czy odbierać z imprez pijanego rodzeństwa. Jednak przy Luke wyszedł na świat jego ukryty syndrom brata. Isaac opiekuje się młodszym chłopakiem, zapewniając mu poczucie bezpieczeństwa jakiego ten – od czasu śmierci rodziny – nie odczuł. Chce by Luke wstając rano miał świadomość, że są osoby, które go kochają i się o niego martwią. Isaac otacza go murem bezpieczeństwa, który sam buduje dla chłopaka. Nie ma to znaczenia czy są to powtarzane raz po raz słowa zapewnienia, że wszystko dobrze czy delikatne pocałunki na uspokojenie. Isaac robiąc to wszystko dla Luke jest pewny, że robi co może. Nie są mu potrzebne żadne podziękowania czy prezenty. Robi to tylko dlatego, że kocha Luke. A temu drobnemu chłopcu należy się chociaż tyle.

- Isaac...

Mężczyzna odwraca się zaskoczony i patrzy na sylwetkę chłopaka stojącego przed nim. Luke ma na sobie jego koszulkę i bokserki. Drży z zimna, stojąc boso na balkonie gdzie Isaac jest od jakiegoś czasu, ubrany w ciepły sweter i długie spodnie od pidżamy. Młodszy chłopak delikatnie, na palcach, podchodzi do niego tylko po to, aby się przytulić. Isaac głaszcząc plecy, wtulonego w niego chłopaka, widzi jak ten drży z zimna.

- Kiedy się obudziłem, nie było cię. Myślałem, że coś się stało. Albo, że mnie zostawiłeś.

- Luke, skarbie... Będę tak długo jak będziesz mnie potrzebować, a nawet jeśli nie będziesz już chciał ode mnie pomocy, to i tak zostanę. Wiesz dlaczego?

Luke kręci przecząco głową i znowu wtula się w klatkę piersiową Isaaca. Czuje się dobrze w ramionach mężczyzny. Starszy chłopak delikatnie unosi jego twarz za podbródek, tak aby patrzeć mu w oczy. Luke czuje jak się rumieni pod tym spojrzeniem, które jest cholernie intensywne.

- Bo cię kocham.

- Tak po prostu?

Isaac śmieje się cicho na pytanie Luke. Czasami ma wrażenie, że młodszy chłopak nie rozumie, że kochając kogoś nie można z niego zrezygnować. Isaac widząc delikatne rumieńce na policzkach Luke, uśmiecha się.

- Tak po prostu. Kocham cię niezależnie od tego kim jesteś, jakie masz demony przeszłości czy lęki. Kocham cię Luke'u Jones i nie zamierzam cię zostawić.

- To dobrze, bo ja nie mam zamiaru nigdzie odchodzić. Już nigdy.

Wracając do ich łóżka, Luke za pomocą pstryknięcia powoduje, że na koniuszkach palców, pojawia się iskierka ognia, która oświetla im drogę. Isaac idąc za nim wie, że ten chłopak jest wszystkich czego on potrzebuje. Niezależnie od tego co mówią jego rodzice, czy niechciane myśli, które czasami atakują jego umysł. Mężczyzna dokonał najlepszego wyboru z możliwych.
Ten zielonooki chłopiec jest jego przepustką do szczęścia.

- Kocham cię, Isaac. Tak po prostu.

Dodatek #2

Zamysł co do tego był całkiem inny, ale wyszło co wyszło. Przyznam szczerze, że nawet pisząc w narracji trzecioosobowej to dziwnie było pisać i wyobrażać sobie 40-letnią bohaterkę. Jak człowiek przyzwyczai się młodych postaci to ciężko się przestawić.
Został nam jeszcze jeden Dodatek – perspektywa Isaaca, której osobiście nie mogę się doczekać :)
Pozdrawiam

***

Mary Clearex nie była głupia. Opiekuńczą w stosunku do dzieci, które do niej trafiały, kochającą swojego męża, z którym była od osiemnastu lat, zapominalską, nieco roztrzepaną czterdziestoletnią kobietą z wyższym wykształceniem. Ale na pewno nie było można powiedzieć o niej, że była głupia. Nie rozumiała więc jak kobieta z opieki społecznej, która się z nią skontaktowała wczoraj wieczorem i  zapytała czy zgodziliby się z mężem zająć jeszcze jednym dzieckiem, mogła coś takie insynuować.
Kiedy patrzyła w zielone oczy Luke, miała gęsią skórkę na plecach. Spojrzenie tego dziecka przerażało ją doszczętnie, a ta kobieta siedząca pod drugiej stronie biurka, która nie była niczego świadoma, paplała w najlepsze. Chłopak nie wyróżniał się niczym szczególnym wśród rówieśników ze szkoły. Mary widziała podobnych chłopców przypominających Luke, którzy kiedy dorastali i ubierali garnitury do pracy i udawali, że okres dojrzewania gdzie nie wiedzieli co zrobić z za długimi rękoma i nogami, nie istniał. Może zielonooki był trochę za chudy, a za duże koszulki z superbohaterami, które Mary na miejscu jego matki by już dawno wyrzuciła, nie poprawiały jego sylwetki, ale widziała gorsze przypadki. Włosy nadawały się jedynie do ścięcia, bo grzywka notorycznie wchodziła mu do oczu i chłopak w ciągu minuty poprawiał ją chyba z trzy razy i to niedługo stanie się jego tikiem nerwowym. Mary wiedziała to z doświadczenia, bo sama jak była w jego wieku, obgryzała paznokcie, aż do krwi. Chciała pomóc Luke, ale to spojrzenie, które tak ją paraliżowało i nie było zwiastunem niczego dobrego.
Wiedziała o pożarze. Oglądała wiadomości, a sprawą Szalonego Joe media karmiły ludzi w każdej wolnej chwili. Chłopak wyszedł z pożaru bez żadnego oparzenia, co już samo w sobie było dziwne i niepokojące. Policja badała sprawę, ale Mary wątpiła by odkryli coś nowego.
Pani Clearex?
Tak?
Zielone tęczówki obserwowały każdy jej ruch kiedy popisywała potrzebne dokumenty, by zabrać Luke do siebie. Chłopak ją oceniał, pochłaniał każde jej nerwowe drgnięcie mięśni czy sztuczny śmiech skierowany w stronę kobiety z opieki społecznej. Kiedy wstała i obciągnęła niebieską sukienkę w dół, chłopak wstał z krzesła, skinął głową w stronę starszej kobiety i wyszedł. Nie powiedział żadnego słowa pożegnania, co tylko zdziwiło Mary. Sama musiała poświęcić dłuższą chwilę na zbędne słowa pożegnania z kobietą, której nawet nie lubiła. Która jak twierdziła Luke jest zagubionym młodym chłopcem, który ma za sobą trudny okres, jakby strata całej rodziny była łatwym okresem w życiu każdego nastolatka. Dodatkowo potrzebuję on potrzeby psychologa, z którym będzie spotykał się raz w tygodniu, by ten pomógł mu pogodzić się z stratą jaka go dotknęła. Mary jadąc w samochodzie z Lukiem i opowiadając mu trochę o domu, do którego się kierują i mając w głowie słowa tej przeklętej kobiety, modliła się by nie znaleźć Luke z przeciętymi nadgarstkami w łazience w ciągu najbliższego miesiąca.
Patrząc w te zielone oczy tak pełne bólu i poczucia winy, Mary wiedziała.
Zamiast zawrócić i skierować się na najbliższy posterunek policji z informacją, że miała w samochodzie nastoletniego mordercę, zaciskała mocniej place na kierownicy, uśmiechała się delikatnie i opowiadała Luke o swoim mężu.
Nikt nigdy nie powiedział, że Mary Clearex  była głupią kobietą.


***

Kiedy leżała wieczorem w łóżku, a mąż pisał na laptopie kolejne arcyważne rozliczenie, Mary nie wiedziała czy powiedzieć mu o tym co dzisiaj odkryła. Minął miesiąc od kiedy Luke z nimi zamieszkał i miała cichą nadzieje, że to spojrzenie, które obdarzył ją pierwszego dnia, zniknęło. To uczucie niepokoju, które za każdym razem ją nawiedzało kiedy mijała zamknięte drzwi pokoju Luke lub chłopka siedział zbyt długo w łazience, zniknie. Tak się nie stało. Czasami, ale tylko czasami, zastanawiała się czy nie wejść do pokoju chłopaka i z nim nie porozmawiać. Ale za każdym razem kiedy prawie chwytała klamkę, ta jakby ją parzyła i Mary rezygnowała. Sama przed sobą ledwo się do tego przyznała, ale obawiała się tego cichego, chudego chłopca o oczach tak zielonych i pełnych bólu, że to wręcz nieludzkie.
A żyletka, którą dzisiaj znalazła leżąca spokojnie na biurku chłopaka w jego pokoju, wytrąciła ją totalnie z równowagi. Mary nie wiedziała czy przyznać się mężowi to tego, że przepłakała całe przedpołudnie, aż do przyjścia dzieci ze szkoły czy może oszczędzić mu tego. Kobieta wiedziała, że ten zaczął by pytać i chciałby przeprowadzić męską rozmowę z Lukiem. A ona nie mogła na to pozwolić. Ten chłopak był tak delikatny, łatwy do złamania, zniszczony przez życie.
Do Mary wracają te same demony co przed miesiącem, że znajdzie martwe ciało Luke z przeciętymi żyłami w łazience pełnej krwi.
Chciałaby chronić tego chłopca. Przed samym sobą, złem tego świata, przeszłością. Tylko, że Luke musiałby się przed nią otworzyć, porozmawiać i jej zaufać. A Mary jedyne co może od niego oczekiwać to ciche dziękuje przy stole i dzień dobry kiedy kobieta szykuje dla wszystkich śniadanie.
Śniadań, które po miesiącu nie wyobrażała sobie bez Luke.
Chłopak miał swoje stałe miejsce przy stole, ulubiony kubek, który jedne z dzieciaków chciał mu kiedyś zabrać, ale w ostatniej chwili zrezygnował – Mary do tej pory nie wie dlaczego i dżem morelowy, który kobieta nauczyła stawiać się jak najbliżej talerza chłopaka. Chciała tymi małymi gestami przekazać mu, że jest w ich rodzinie akceptowany i chciany.
- Kochanie, wszystko w porządku?
Czy gdyby zapytała o to Luke, powiedziałby jej prawdę? Czy gdyby wspomniała o żyletce, przyznałby się, że coś jest nie tak? Czy...
- Mary?
- Jestem zmęczona. Jestem po prostu tym wszystkim zmęczona.
Delikatny pocałunek męża, uspokaja ją na tyle, że zgasiła lampkę nocną i położyła się wygodnie na łóżku. Nie chciała go niepotrzebnie martwić, ale bardziej niż zmęczenie odczuwała lęk o jutro. Bała się o  tego smutnookiego chłopca, który śpi naprzeciwko nich.
Bała się, że pewnego dnia się obudzi, a jego już nie będzie.

***

Mary przestaje bać się o Luke kiedy widzi go w towarzystwie tego chłopca.
 - Mary to mój przyjaciel – Isaac.
Kobieta uśmiecha się jedynie i pozwala im uciec do pokoju młodszego chłopaka, bo ona wiedziała. Widziała to w ich delikatnym dotyku, mowie ciała i delikatności z jaką Luke wymówił imię Isaaca. I kiedy przed wejściem na schody zdejmuje obcasy i skrada się na górę jak nastolatka, którą od dawna nie jest, słyszy cichy śmiech swojego podopiecznego, jest spokojna.
Isaac mu pomoże. Już pomógł i zrobił to czego ona nie mogła. Dotarł do Luke i zebrał te wszystkie pokruszone kawałki jego duszy w jedną – posklejaną, trochę kanciastą i z ostrymi zakończeniami – całość.
Mary Clearex jest szczęśliwa.



Dodatek #1

Przed wami dodatek do Prosto w ogień. Nie zmuszam nikogo do przeczytania tego, ale można tu znaleźć kilka ciekawych rzeczy, a propo opowiadania. Podzieliłam to ze względu na fakty o opowiadaniu i niewykorzystane pomysły do fabuły, łatka z punktu widzenia Isaaca i zastępczej matki Luke. Gdybym wpadła na to wcześniej narracja Isaaca i matki zastępczej pojawiłaby się jako prolog i epilog tej historii, ale nie można mieć wszystkiego.
Pozdrawiam i liczę, że wam się spodoba :)

***

Tytuł tego opowiadania to nic innego jak skopiowany tytuł piosenki Kim Nowaka Prosto w ogień z albumu Wilk z 2012 roku. Piosenka nie jest w żaden sposób inspiracją to tej historii, ani teledysk do niej. Podczas myślenia nad tytułem mój mózg podsunął mi te kilka słów, a dopiero później zorientowałam się, że jest to jedna z piosenek Kim Nowaka. Link do niej macie pod spodem jeśli chcecie ją przesłuchać.

https://www.youtube.com/watch?v=T9ucKkaKjPU


Luke i Isaac. Chłopcy są dla mnie wyjątkowi. I to w ten irytujący sposób, że czasami pisząc o nich są prawie realni. Ale to dlatego, że przemyślenia Luke to w większości moje przemyślenia. Isaac to troszeczkę inna historia. Poza jego kilkoma wypowiedziami w opowiadaniu nie ma tam obiektywnej oceny chłopaka. Wszystko co wiemy (ja też mimo że jestem autorką i stworzyłam Isaaca) to myśli Luke. A dla Luke starszy chłopak będzie w czymś rodzaju bohatera. Ale i tak ich uwielbiam.
Dobra, teraz będzie ta ciekawsza cześć dla niektórych. Skąd ja wytrzasnęłam ich imiona? Isaac jak tylko się pojawił był porównany do bohatera gry the blind of isaac. Przyznaję się, że nie grałam w to, a jak zobaczyłam co oferuje google grafika pod tym hasłem to jakoś nie mam zamiaru. Jako fanka seriali ostatnio odkryłam zespół 5 seconds of summer. Co ma jedno do drugiego? Imię Isaaca i tylko imię jest zaczerpnięte z Teen Wolfa. Po tym jak Scott głosem alfy doprowadza do porządku Isaaca po tym jak ktoś go zamknął z Allison w kantorku, musiałam. To imię odpowiednio zaintonowane ma tak różne brzmienie, że to jest cudowne. Tak, wiem jaram się imieniem, ale fani Teen Wolf zrozumieją :D
Z Luke to troszeczkę grubsza sprawa. Znaczy Luke Castellan z kanonu nie ma tutaj zbyt dużego znaczenia. Luke z zespołu którym ostatnio zaczęłam się interesować ma coś wspólnego – imię. Isaac natomiast po wokaliście ma kolczyk w wardze, ale w opowiadaniu nie ma o tym zbyt dużo. Luke jest delikatny i jego imię miało też być takie. Po przeczytaniu sporej ilości ff na wattpadzie gdzie głównym bohaterem jest właśnie Luke Hemmings nie mogłam wyobrazić sobie, że mój bohater będzie miał inne imię. Może to głupio zabrzmi, ale próbując wypowiedzieć na głos Luke jest w tym pewna delikatność.
Tworząc bohaterów zwracam dużą uwagę na ich imię, wygląd i zachowanie. Luke i Isaac oprócz imienia nie mieli niczego. Wszystko było tworzone na bieżąco i jestem z siebie dumna, że nie zniszczyłam tych postaci przez to, że nie stworzyłam ich stosunkowo wcześniej.


Nie będę pisać tutaj jak czasami ciężko było ubrać w słowa to co chciałam przekazać wam w tych krótkich rozdziałach. Przyznaję się, że czasami pisząc o bólu Luke i jego nie radzeniu sobie, miałam łzy w oczach. Ja, autorka! Mniej emocji odczuwałam jak opisywałam ich pierwszy pocałunek, naprawdę.
Jeśli ktoś by chciał przeczytać o tym jak sobie czasami nie radzę z pisaniem albo cokolwiek z związku z moim bazgroleniem to podaje link: http://prosto-w-ogien-luke.blogspot.com/2016/07/kilka-sow-o-moim-pisaniu.html


Powinnam to zrobić na samym początku, ale trudno. Chciałam z tego miejsca ślicznie podziękować wszystkim, którzy przeczytali, komentowali, przetrwali całe to opowiadanie. Bez was nie dałabym rady. Naprawdę, doceniam każde słowo jakie pojawiło się pod rozdziałami. Jesteście wielcy i mam nadzieję, że przy kolejnych opowiadaniach was nie zabraknie. Wiele razy pytałam się przed rozdziałami o kilka spraw dotyczących historii. Czy nie będzie wam przeszkadzał wątek męsko-męski, czy Isaac powinien być z Lukiem (tak była przez chwilę myśli żeby wprowadzić kogoś jeszcze) i najważniejsze jakie powinno być zakończenie. Bo ta historia była pisana dla was. Ku pokrzepieniu serc powiedziałabym.


Podczas pisania rozdziałów, podczas jedzenia śniadania myślałam o Luke i jego historii, o tym co będzie w kolejnym rozdziale i jak to napisać. Siadałam do komputera i nie wiedziałam jak to ubrać w słowa. Nie wykorzystałam wszystkich swoich pomysłów, które mi się przewinęły. Nie było gdzie, a nie chciałam robić tego na siłę, bo bałam się, że to zauważycie.
Jak już wcześniej wspominałam miała pojawić się dodatkowa postać. A dokładnie syn Posejdona – Percy. Przeciwieństwa się przyciągają i te sprawy. Ktoś kto nie bałby się mocy Luke, a jednocześnie mógłby ją uspokoić. I sam tytuł – Prosto w ogień – Percy gdyby skoczył prosto w ogień nic by mu się nie stało. Z wytłumaczeniem tytułu wyszło jak wyszło i mam nadzieje, że nie było tak źle.
Rola psychologa w tym opowiadaniu została tak okropnie urwana, że aż mi wstyd. Chciałabym z jednej strony pociągnąć to dalej, ale z drugiej Luke chyba nie czuł się zbyt dobrze w czasie tej terapii. No i planowałam, że jak Luke zrezygnuje z terapii to pójdzie do pubu.
Tak, dokładnie. W jednym rozdziale nasz kochany Luke miał być totalnie pijany, ale nic z tego nie wyszło. Napisałam całe dwa akapity i zrezygnowałam. Nie wiedziałam jak to skończyć, bo chciałam żeby wtedy też dowiedział się o świecie mitologii i poznał Annabeth i Percy'ego.
W trakcie pisania drugiego rozdziału chciałam stworzyć jeszcze jedną osobę. Kumpla Luke, który nie opuścił go mimo pożaru i tego całego zamieszania. Sid miał się pojawiać i znikać i być raczej znajomym do zabaw, a nie do rozwiązywania problemów, ale Luke chyba nie potrzebował kogoś takiego w swoim życiu.
Isaac za to to całkowicie inna historia. Oczami wyobraźni widziałam ich pierwsze pocałunki, które miałby być tak cholernie niewinne, w przedpokoju, na kanapie w salonie, pod parasolem w parku. Za to napisałam coś całkowicie innego. Jedyne co wiedziałam pisząc scenę w kuchni to, że mają się w końcu pocałować. Jak do tego dojdą będę się martwić podczas stukania w klawiaturę. Chyba nie było tak źle, nie?
Miała być jeszcze jedna scena, którą naprawdę chciałam napisać, ale nie było kiedy. Luke miał poprosić Isaaca by ten ściął mu włosy. Isaac stojący nad siedzący na taborecie młodszym chłopakiem w łazience i trzymający maszynkę. Opadające kosmyki na kafelki i dźwięk pracującej maszynki. Zgarbiona sylwetka Luke i to wszystko przy migoczącym świetle żarówki. Żałuję, że nie ma tego w żadnym rozdziale, ale od czego właśnie jest ten dodatek?
Później kiedy Luke trafia już do Obozu miała być scena z jego rodzeństwem. Nocna rozmowa w domku Hefajstosa, którą odbywa Luke z starszymi braćmi. Zamiast tego powstał rozdział 10 gdzie coś o rodzeństwie chłopka jest na końcu i to w dwóch zdaniach.
Tak, Luke miał mieć próbę samobójczą. W ostatniej chwili odratowany i po tym wydarzeniu miał wrócić i szukać Isaaca. Może nie do końca miała być to próba samobójcza tylko Luke by przesadził z cięciem się i nie zdążył zatamować krwawienia. Annabeth lub ktoś z jego rodzeństwa miało go znaleźć i chłopak miał się obudzić w szpitalu polowym. Stwierdziłam, że Luke przeszedł za dużo i nie będę dokładać mu próby-nie-próby zabicia się. Zamiast tego powstał rozdział 11.


Nigdy wcześniej nie napisałam czegoś podobnego jak to co jest wyżej. Ale chciałam się z wami podzielić tym wszystkim co jest związane z światem Isaaca i Luke, bo cholera ja naprawdę się do nich przywiązałam. I po waszych komentarzach sądzę, że wy też. 

wtorek, 6 września 2016

Rozdział 12

Luke nie żałuje żadnych z małych rzeczy, które dokonał w życiu. Nauczył się żyć z błędami, które popełnił, z porażkami, które ciągnęły się za nim przez dość długi czas i wyrzutami sumienia, których nie umiał zagłuszyć. Po pewnym czasie nawet przestał próbować.
Nauczył się żyć z tym wszystkim, a w zamian dostał coś o wiele lepszego.
Dostał szczęście.
Jego szczęście miało metr osiemdziesiąt pięć, brązowe oczy, ciemne włosy, kolczyk w wardze i tatuaż, do którego nie mógł się jeszcze przyzwyczaić. To szczęście miało też kilka blizn, które starannie zakrywał, ale nocą – kiedy nikt poza nim nie mógł ich dostrzec – zostawały odkryte.
Luke doceniał to szczęście każdego pieprzonego dnia.
Pamięta dni kiedy musiał żyć z daleka od niego. Pamięta ten ból, który wywoływał żyletką, łzy, które mieszały się z krwią i krzyk. Przeraźliwy wrzask jaki wydobywał się z jego gardła.
Bo każdy z nich miał własne blizny, których nie pokazywali nikomu.
Nocą – jedynie nocą, gdzie księżyc może być świadkiem tego jak bardzo się kochali – oboje odkrywali się na nowo.
Blizny są dowodem tego, że walczyli. Luke jeszcze nie zdecydował jaki był wynik. Nie zależnie od tego czy przegrali czy wygrali, liczyło się to, że żyli.

- Cześć, mamo.

Luke uśmiechnął się delikatnie. Zapamiętał ją inaczej – mniej poważniej, z uśmiechem na ustach i iskierką szczęścia w zielonych oczach. Teraz była jedynie kobietą ze zdjęcia, na którym miała wyjściową sukienkę i mocno pomalowane usta. Wygląda inaczej, ale nadal pięknie.
Luke strasznie za nią tęsknił i są dni, że żałował.
Żałował, że musiał dokonywać wyboru między rodziną, a osobą, która dawała mu szczęście. Ale Luke wiedział, że jeśli zrobiłby to jeszcze raz – sięgnąłby po żyletkę z myślą, że zrobi dzisiaj ostateczne cięcie i ktoś postawiłby go przed wyborem – nie zawahałby się. Wybrałby Isaaca. Zawsze by go wybrał.
I chyba dlatego może nazywać się szczęściarzem.
Luke miał kogoś takiego jak Isaac – chłopaka, dla którego był gotowy skoczyć prosto w ogień. Mężczyzny, który zaakceptował go takiego jakim jest – z wszystkimi wadami i zaletami. Luke posiadał kogoś kto go wysłuchał, pomógł i wytłumaczył. Kogoś kto był i nigdy go nie zabrakło. Jones mógł czasami krzyczeć żeby Isaac od niego odszedł, żeby znalazł sobie kogoś innego - lepszego – kogoś kto zasługuje na to wszystko co może dać Isaac. Luke tym kimś nie był.
On był tylko biednym sierotą z Brooklynu, który jest herosem i nie zasługuje na szczęście.

- Dokonałem wyboru, mamo. Czasami tylko się boję, że nie dam rady, że to wszystko mnie przytłoczy. Boję się. Chciałbym żebyś tu była, mamo. Tak cholernie za tobą tęsknię i za dziewczynkami. Brakuje mi was. Powinnaś poznać Isaaca i przepytać go o te wszystkie niepotrzebne rzeczy jakie pytają matki, zanim chłopak zabierze ich dziecko na pierwszą randkę. Wiesz, że my nigdy nie byliśmy na prawdziwej randce? Nieważne. Dokonałem wyboru, mamo. Postaram się byś była ze mnie dumna i nie zawiodę cię. Żyję, mamo. Postanowiłem żyć, mimo że życie jest tak cholernie niesprawiedliwe. 

- Luke.

Postać Isaaca wyłoniła się z cienia, a Luke usłyszał jak jego głos załamał się w połowie. Nie wiedział, że tu jest, chciał chwilę posiedzieć w samotności – ze zdjęciem mamy. Miał jej tyle do powiedzenia. Pragnął by była z niego dumna, tak jak matka może być dumna z syna. Ale zamiast matczynych ramion, czuje mocny uścisk Isaaca. Odwzajemnia go, chociaż w środku czuje pustkę. On nie powinien tego usłyszeć.

- Jak chcesz to możemy pójść na prawdziwą randkę.

Luke nie odpowiedział tylko wtulił się mocniej w Isaaca. Ze wszystkich małych rzeczy jakich dokonał w swoim życiu miłość do tego starszego chłopaka, była najlepsza. Nie potrzebował do tego żadnych randek, by wiedzieć, że to Isaac jest odpowiednią osobą.
Luke poszedł za nim prosto w ogień tylko dlatego, że go kochał.
A reszta świata nie miała w tej chwili żadnego znaczenia.

***

Ostatni rozdział, czujecie to? Przykro mi trochę rozstawać się z Prosto w ogień, ale mówi się trudno i piszę się dalej.
Spodziewaliście się takiego zakończenia? Happy End. Mam wrażenie, że troszeczkę to zniszczyłam. Zwaliłam końcówkę opowiadania... Ja to jestem udana, nie ma co.
Nie napisałam ich pierwszego spotkania po pożarze. Nie wiem czy się kłócili, rzucili sobie w ramiona, pogodzili po trzech sekundach czy miesiącach. Nie umiałam się zdecydować jak miało to wyglądać i powstało to coś, co nie jest ani trochę odpowiednim zakończeniem. Ale czy pierwszy rozdział był dobrym początkiem? Prawdopodobnie sama bym się poryczała pisząc scenę jak sobie wpadają w ramiona więc wołałabym nie ryzykować.
Jeśli ktoś nie planuje czytać Dodatku, który pojawi się niedługo to chciałam z tego miejsca podziękować za wytrzymanie ze mną i chłopakami w Prosto w ogień.
Pozdrawiam :)



czwartek, 1 września 2016

Rozdział 11

Co do tego, że Luke jest synem Hefajstosa. Tajemnicy z tego nie robiłam, ale normalnej relacji ojciec-syn to oni też nie mieli. Chciałam to pokazać w opowiadaniu, bo to nie tylko historia o herosach i miłości męsko-męskiej. To dużo więcej, a w ten sposób chce to przekazać.
Zapraszam do komentowania i powodzenia wszystkim, którzy zaczęli dzisiaj nowy rok szkolny Dacie radę ;)
Pozdrawiam

***

Luke nie lubił składać obietnic. Najbardziej się bał, że żadnej nie uda mu się dotrzymać i zawiedzie osobę, która to na niej wymogła. Ale kiedy już coś komuś obiecał, naprawdę się starał dotrzymać danego słowa. Czasami po prostu nie był w stanie tego zrobić.

Obiecał Isaacowi, że będzie żyć.

Żył, ale jednocześnie czuł jak umierał. Z każdym kolejnym dniem, który musiał wytrzymywać na Long Island i trenować. Trenować, trenować, trenować i jeszcze raz trenować. Robił to, aby nie nigdy więcej nie zagrażać Isaacowi i innym ludziom. By nie musieć żyć ze świadomością, że zabił więcej niż pięć osób.

Obiecał Isaacowi, że nie będzie się obwiniał.

Nie potrafił. Nie potrafił zdjąć z barków winy, którą umieścił tam w chwili kiedy dowiedział się o ich śmierci. Nie potrafił znieść myśli, że tylko on przeżył. Nie zasługiwał na to wszystko. Nie zasługiwał na wybaczenie, życie i Isaaca. Czasami nie mógł spojrzeć w lustro bez świadomości, że patrzy w twarz mordercy.

Obiecał Isaacowi, że cokolwiek się stanie on sobie poradzi.

Isaac w niego wierzył. Luke tylko nie wiedział dlaczego i skąd brała się jego wiara w niego. Starszy chłopak często mówił mu, że Luke jest dzielny i silny. On sam się taki nie czuł. Siedział skulony na łóżku drżąc z przerażenia, przyciskając do siebie bluzę Isaaca i starał się nie połykać kolejnych łez. Potrzebował teraz starszego chłopaka, bo to właśnie on był jego siłą. On był jego prywatnym bohaterem, którego tak bardzo teraz potrzebował.

Obiecał Isaacowi, że jak będzie potrzebował pomocy to się do niego zwróci.

Luke nie pamiętał ile razy przychodził do chłopaka po pomoc. Nie może zliczyć momentów kiedy siedział na klatce schodowej czekając na niego, dzwoniąc do drzwi, pisząc kilkanaście wiadomości pod rząd, płakał mu do słuchawki i błagał go o drugiej w nocy by Isaac do niego mówił – cokolwiek byle słyszeć jego głos. Starszy chłopak nigdy mu nie odmówił, nie powiedział, że teraz nie może, że jest zajęty. Był zawsze dla niego dostępny. Luke nie pamięta chwili kiedy to Isaac go o cokolwiek prosił.

Obiecał Isaacowi, że będzie czerpać z życia całymi garściami.

Luke to słyszał od niego tak wiele razy. Isaac prosił go żeby otworzył się na świat, docenił jego piękno i pozwolił innym ludziom zobaczyć jaką wartościową osobą jest. Żeby przestał bać się własnego cienia i zaczął robić to na co ma ochotę. Kiedy Luke wykonał pierwszy krok – pocałowanie Isaaca – nie sądził, że może to być takie piękne.

Obiecał Isaacowie, że nigdy nie złamie żadnej obietnicy, którą mu złożył.

Wstał, otrzepał spodnie z piasku, na którym siedział od jakiś czterech godzin i skierował się do domku Hefajstosa. Musi się spakować, pożegnać z rodzeństwem, Annabeth i powiedzieć Chejronowi, że odchodzi. Nie zamierzał dłużej udawać, że nie słyszy tych wszystkich plotek na swój temat. Nowo powstałe blizny na jego rękach nie są wynikami treningów, które ma codziennie na arenie w asyście trzech osób z gaśnicą i dwójki dzieciaków z domku Posejdona. To walka jaką przegrywa codziennie z samym sobą i swoimi lękami.

Obiecał samemu sobie, że nie odsunie się od Isaaca tak jak od reszty.

Odszedł od chłopaka, któremu tyle zawdzięczał, bo chciał go chronić przed samym sobą. Tylko, że samym odejściem zrobił więcej szkód niż wywołanym pożarem. Miał zamiar to naprawić, a pierwszym krokiem do tego było odejście z Obozu i powrót na Brooklyn. Musi odnaleźć Isaaca i błagać go – choćby na kolanach – żeby dał mu jeszcze jedną szansę.

- Wracam do domu.

Annabeth przytuliła go na pożegnanie. Kiedy odsuwał delikatnie dziewczynę od siebie, widział w jej szarych oczach łzy. Starał się ją pocieszyć, bo wracał do osoby, którą kochał i w końcu będzie dobrze. Nie powinna się o niego martwić. Chejron starał się interweniować, ale kiedy zobaczył spakowany plecak i sztylety, które Luke zabrał ze sobą, tylko pokiwał z zrezygnowaniem głową. Nie umiał się pożegnać z rodzeństwem tak jak to zrobił z córką Ateny dlatego zostawił im list, w którym wszystko wyjaśnia. Luke miał nadzieję, że zrozumieją.
Schodząc z wzgórza i kierując się do żółtej taksówki, która już na niego czekała, wiedział, że zrobił dobrze. Gdzieś tam jest jego Isaac. A jedyne co Luke musi zrobić to obiecać sobie, że się nie załamie.


piątek, 26 sierpnia 2016

Rozdział 10

Kilka dni temu oglądałam filmiki na yt z Nico i Percym, przeczytałam miniaturki, które z nimi stworzyłam i Bogowie zabijcie mnie, ale musiałam zaczęłam myśleć nad nowym opowiadaniem z nimi w roli głównej. Coś puszystego, powojennego, gdzie Percy opiekuje się Nico, a ten pozwala się oswajać jak zaszczute zwierze. Nie wiem czy coś z tego wyjdzie. Kiedy coś z tego wyjdzie. Byłby ktoś chętny na takie coś?

Dodałam do zakładki Bohaterowie postacie Jamesa i Annabeth. Zapraszam do zajrzenia :) 

***

Luke ma rodzinę. Przez dłuższą chwilę chłopakowi wydaje się to tak nierealne, że nie wie co ma zrobić. On, Luke Jones ma rodzinę. Siostry, braci i ojca. Zaginionego mężczyznę, którego poszukiwał i wypatrywał z okna pokoju z nadzieją, że ten wróci. Nie pamięta nocy kiedy nie wyobrażał sobie chwil ich spotkania po latach. Co mu powie, pokaże, zrobi i zapyta. Jeśli tata wróci – kiedy wróci – będą mogli przestać się martwić o te wszystkie rachunki, który tylko zaśmiecają ich stolik w przedpokoju. Mama pewnie zaczęłaby się szczerze uśmiechać , a on miałaby ojca. W końcu byliby prawdziwą rodziną.
Tylko, że ojciec nigdy nie stanął w drzwiach do ich mieszkania z kwiatami dla mamy i prezentem dla niego. Wraz z wiekiem jego wymyślony podarunek od taty się zmieniał, ale nawet w wieku szesnastu lat byłby zachwycony z pluszowego misia. Nie. On byłby zachwycony z samego powrotu taty do ich życia. Nieważne jakby wyglądał. Dla Luke nie liczyłoby się to czy przyjechał do nich nowym modelem auta prosto z salonu czy autobusem.
Czasami myślał, że on umarł. Tak było łatwiej wytłumaczyć fakt, że nie wraca. Luke nigdy się wściekał o fakt, że wychowywał się bez ojca. Chociaż może to byłoby mniej bolesne niż ciągłe oczekiwanie na jego powrót. Mama ciągle powtarzała, że tata ich kochał i gdyby mógł to by z nimi został. Ale coś mu na to nie pozwoliło. Luke nie dopytywał. Widząc łzy w zielonych oczach mamy, nie musiał wiedzieć więcej. Wystarczyło mu zapewnienie, że ojciec go kochał.
Zaczął czytać nekrologii w wieku dziesięciu lat.
W wieku trzynastu przeszukał dostępną bazę Interpolu.
W wieku piętnastu zaczął odkładać na prywatnego detektywa, który mógłby go odnaleźć.
W wieku siedemnastu nad jego głową pojawił się młot i mały płomyk ognia.
Wiedział co to oznacza.
I w tej chwili zaczął żałować, że przez tyle lat tak bardzo pragnął poznać ojca. Bo kiedy jego marzenie się spełniło i mógł z czystym sumieniem stwierdzić, że go odnalazł - było za późno. Tata miał być jego prywatnym bohaterem – Supermenem czy Kapitanem Ameryką, których tak bardzo uwielbiał. Jedyne czego mógł się od niego spodziewać to hologramu nad głową, który zniknął przed kilkoma sekundami i nic poza tym. Hefajstos miał swoją szansę – mógłby mieć ich kilkadziesiąt jeśli tylko by wykonał pierwszy krok. Jego nie było stać nawet na to.

- Witaj, Luke Jones, synu Hefajstosa.

Głos Chejrona przebija się przez zdziwione szepty reszty obozowiczów. Luke im się nie dziwił. Nikomu nie powiedział, ani pokazał co tak naprawdę potrafi. Jego drobna budowa ciała też nie przemawiała nad tym, że jest synem boga ognia. Nie przejmował się tym. Już nie.

- Jestem synem mojej matki, nie jakiegoś boga, którego jedyne na co stać to uznanie mnie.

Luke wydostaje się z oniemiałego tłumu. Zgarbiony, z grzywką wpadającą mu do oczu i spojrzeniami, które wpatrują się w jego sylwetkę, kieruję się do domku Hermesa. Wie, że przesadził, ale nie nie może pojąć jak miałby pogodzić się, aby rola jaką odegrała matka w jego życiu była nagle zmniejszona, bo ojcem okazał się bóg.
To ona ścierała mu łzy z policzków i całowała obdarte kolana po tym jak wywrócił się na rowerze. To ona odprowadzała go rano do podstawówki, mimo że sama przez to spóźniała się do pracy. To ona chodziła do dyrektora i przekonywała do, że to jego ostatnia bójka, nie ojciec. To ona tłumaczyła mu ułamki po dwunastu godzinach pracy, nie tata.
To ona go kochała.
Ojciec, Hefajstos, tata, On pewnie nawet nie wie, że nie żyje. Siedzi teraz na swoim tronie na Olimpie, zadowolony, że wypełnił to co do niego należało. Uznał jedno ze swoich dzieci, które zrobił ze śmiertelniczką. Ciekawe jakby zareagował na widok Luke. Poznałby go? Czy mógłby liczyć chociaż na pięć minut rozmowy z nim? Luke boi się, że ojciec będzie nim rozczarowany. Przez tyle lat wyobrażał sobie spotkanie z nim, ale nigdy nie dopuścił do siebie opcji, że może być dla niego rozczarowaniem. I kiedy stoi pod domkiem – spakowany i zestresowany jak cholera - gdzie mieszka reszta jego rodzeństwa, drzwi się otwierają. I Luke myśli, że będzie dla nich takim samym rozczarowaniem jakim mógłby być dla ojca.

- Dobrze, że jesteś Luke.

I kiedy wymienia spojrzenie ze swoim bratem, stwierdził, że się mylił. Kiedy patrzy w lustro nie widzi oczu matki. Tylko taty.


sobota, 20 sierpnia 2016

Rozdział 9

Zapraszam do komentowania :)  
***

Znowu kogoś rozczarował. Luke, widział to w ich spojrzeniach, które prześlizgiwało się po jego wątłej sylwetce, zniszczonym ubraniu i śladach łez na twarzy. Na twarzach niektórych widział kpinę pomieszaną z nienawiścią. Jeszcze bardziej bolały go spojrzenia, w których wychwytywał współczucie i troskę. Chciało mu się płakać i nie wiedział jakim cudem nie zbłaźnił się jeszcze bardziej przed nimi, po raz kolejny, dzisiejszego dnia. Chciał stąd uciec, zapomnieć o tym wszystkim, odnaleźć Isaaca i błagać go o wybaczenie.
Chciał wrócić do domu.
Chciał poczuć ciepło i poczucie bezpieczeństwa jakie dawały mu ramiona Isaaca. Wypić z nim zieloną herbatę i śmiać się z tego, że znowu poparzył sobie język. Chciał znowu poczuć smak ust starszego chłopaka na swoich własnych i emocje, które wręcz rozrywały go od środka przy okazji każdego pocałunku. Chciał mu kupić prezent urodzinowy – Isaac od tygodni marudził mu o tym, że pojawiła się nowa płyta Green Daya, a on nie ma na nią pieniędzy. Chciał zobaczyć jego uśmiech kiedy będzie rozpakowywać prezent.
Chciał poczuć, że wrócił do domu.
- Luke.
Najbardziej zabolało to, że miał nadzieje usłyszeć głos Isaaca. On nadal karmił się nadzieją, że jego chłopak gdzieś tutaj jest. A to, że się mylił było tak samo bolesne. Delikatny głos Annabeth i jej dłoń na plecach wcale nie pomagała. Potrzebował silnych ramion Isaaca i jego zapachu, który nauczał się rozróżniać od reszty perfum.
-Nic mi nie jest.
On tylko umiera. Z tęsknoty za człowiekiem, który pokazał mu jak można cieszyć się kolejnym wchodzącym dniem. Który był przy nim kiedy leżał na dnie i podał dłoń, która znaczyła w tamtym czasie obietnice o lepsze jutro. Isaac pokazał mu, że jego serce może jeszcze bić dla drugiego człowieka. A później Luke to wszystko spieprzył i go zostawił. Bez wyjaśnień. Bez prośby żeby na niego zaczekał i pozwolił wrócić do siebie kiedy już przybędzie z powrotem.
-Pójdę już.
Luke nigdy nie powiedział mu ile Isaac dla niego znaczy. Nie powiedział mu, że go kocha i zawdzięcza mu życie, bo bez jego wsparcia pewnie zabiłby się kilka miesięcy temu. Że zasypia przytulony do bluzy przesiąkniętą jego zapachem. Isaac nie wie, że ma wszystkie jego głupie zdjęcia, które zrobił sobie jego telefonem. Kłamał kiedy powiedział, ze je usunął. Isaac nie ma pojęcia o tych wszystkich nieudanych portretach zrobionych z pamięci, które są ukryte w zeszycie od biologii. Ani o tym małym pluszowym słoniu, który Isaac wygrał dla niego w wesołym miasteczku na jednym z stanowisk. Jedna z łapek jest troszeczkę podpalona, ale nadal jest jest to prezent od Isaaca.
Te wszystkie małe rzeczy powodują, że Luke tęskni za nim jeszcze bardziej.
- Wiesz, że jak coś się dzieje to zawsze możesz ze mną porozmawiać?
Patrzy w szare tęczówki Annabeth. Dziewczyna się martwi i przez chwile chłopak ma ochotę powiedzieć jej wszystko. Ale nie robi tego, bo wie, że to nic by nie dało. Blizny na jego przedramionach – na nadgarstkach od jakiegoś czasu nie było już miejsca – mówią same za siebie i zostaną tam. Cokolwiek by się stało i zmieniło dla niego nie ma już ratunku.
Luke się z tym pogodził.
Dlatego zostawia dziewczynę samą i odchodzi.



niedziela, 14 sierpnia 2016

Rozdział 8

Luke wiedział, że coś spieprzył. Zawsze kiedy było dobrze, na tyle ile może być dobrze w jego życiu, przychodził taki moment i wszystko szlag trafiał. Pokłócił się z Isaackiem. O jakąś głupotę, nic nie wartą rzecz w ich życiu. Od tygodnia zachowywał się jak tykająca bomba, a jego chłopak – Isaac o mało nie wpadł w jakiś szał skakania wokół niego kiedy nazwał go tak po raz pierwszy – wybrał sobie akurat ten moment na pytania o przeszłość młodszego. Luke nie chciał o tym rozmawiać. Nie chciał, aby padło jedno konkretne zdanie.
Jak to się stało, że przeżyłeś, Luke?
Jak?
Nie wiedział.
Albo nie chciał wiedzieć.
Myśleć.
Podejrzewać.
I sprawdzać swojej teorii.
Dlatego miał łzy w oczach kiedy wyciągał rękę w stronę gdzie leżała bezwładna postać Isaaca i błagał wszystkie siły nadprzyrodzone by mu pomogły. Ogień zajął wszystko w ciągu kilku minut. Przemoczona postać Luke była z dala od tego wszystkiego, a sam chłopak miał wrażenie, że rozpada się na kawałki. W momencie kiedy wszedł do mieszkania Isaaca z zamiarem przeproszenia go, nie spodziewał się intruzów. Przyniósł ze sobą dużą – jeszcze ciepłą – pizzę hawajską i nową grę wideo. Dwójka potężnych mężczyzn stała nad jego chłopakiem z kijami bejsbolowymi i czapkami mocno zaciągniętymi na twarze. Kiedy tylko wszedł do mieszkania, prezenty przeprosinowe wypadły mu z rąk, a on stał jak sparaliżowany.
Zadział instynkt.
Kiedy usłyszał przeraźliwy krzyk Isaaca serce stanęło mu na chwilę, aby później bić dwa razy szybciej. Wiedział co ten krzyk oznacza. Słyszał go tylko raz w życiu, wydawany przez pięć bliskich bliskich mu osób. To krzyk osób, których ciało spotkało się z ogniem. Krzyk bólu.
Przez chwile nie wiedział co robić.
Albo wiedział to od momentu tamtego pożaru. Powinien to zrobić kilka miesięcy temu. Chociaż spróbować ich uratować z płonącego pokoju, mieszkania, kamienicy. Luke wiedział co się wtedy stało.
Spanikował. Zabrakło mu odwagi.
Był tchórzem. Isaac mógł mu powtarzać kilkanaście razy dziennie, że tak nie jest, ale prawda była inna. Kiedy powinien uratować rodzinę nie zrobił tego. Co gorsza sam wywołał ten pożar i nie umiał go opanować. Teraz sytuacja się powtarzała. Ktoś mu bliski był w płomieniach, bo Luke coś spieprzył.
Kolejny krzyk bólu.
Jego Isaac cierpiał.
Mógł to naprawić. Owszem nie mógł wskrzesić swoich bliskich, ale mógł nie pozwolić, aby kolejna osoba zginęła. Nie był żadnym bohaterem. Był zwykłym chłopakiem z Brooklynu, któremu zawalił się świat.
Krzyk, który trwał od dłuższej chwili nagle się urwał.
Luke postawił pierwszy, niepewny krok prosto w ogień. Płomienie nie zajęły się jego butami tak jak się spodziewał. Jakby wyczuwały swojego pana, właściciela, który je stworzył i nadał życie. Dodało mu to odrobiny odwagi i resztę promieni oddzielających go od starszego chłopaka pokonał szybkimi krokami. Kiedy brał ciało Isaaca na ręce, starał się nie patrzeć na niektóre osmalone fragmenty ciała. Wyniósł go z mieszkania i zaniósł prosto do karetki. Po drodze modlił się by chłopak przeżył. Kładąc go delikatnie na nosze, wiedział, że widzi go po raz ostatni, przez bardzo długi czas. Musiał uzyskać kilka odpowiedzi na pytania, które powinny być już dawno zadane.
- Poszedłem za tobą nawet prosto w ogień.
- Idiota.
Ciepłe brązowe oczy patrzyły prosto na niego.


wtorek, 9 sierpnia 2016

Rozdział 7

Złapałam się na tym, że chciałam komuś zadedykować poprzedni rozdział. To nie tak, że nie ma komu. Po prostu ten tekst nie nadaje się do tego. A przynajmniej takie mam odczucia. Ale gdybym to zrobiła to dedyk poleciałby do każdego z was. Do osób które to czytają, komentują i doceniają ten lukowy świat.
Nie zabijcie mnie za to co jest w tym rozdziale. Ostatnio za dużo czytam opowiadań na wattpadzie i o to tego efekty. Naprawdę momentami powiewa typowym ff dla głupiutkich nastolatek, ale Luke też musi mieć coś od życia :)
Pozdrawiam

***


Luke miał wrażenie, że śni. Patrzył oczarowany na ekran telewizora w mieszkaniu Isaaca, czując ciepło jego ciała obok. Czuł jak palce starszego chłopaka delikatnie przeczesują jego włosy. Ciemne kosmyki układały się miękko pod wpływem ruchu. Luke czuł czasami mocniejsze pociągnięcia za końcówki, ale nie przeszkadzało mu to. Ten rodzaj bólu mógł znieść.
- Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?
Luke jedynie przytaknął głową i delikatnie się uśmiechnął. Pamiętał. Pamiętał każdą chwilę spędzoną z Isaackiem. Wiedział też ile zawdzięczał starszemu chłopakowi. I nie ważne ile razy dziękował mu miał wrażenie, że to za mało. Ale Isaac nie chciał jego podziękowań i zapewnień, że i  zrobił dużo więcej niż reszta ludzi. On chciał jedynie by Luke przy nim był i czerpał z życia tyle ile może. Pełnymi garściami. I to właśnie zamierzał zrobić.
- Chcesz herbatę? Kupiłem dzisiaj nowy zapas zielonej i kawę dla siebie. Głupie pytanie. Ty za kubek herbaty poszedłbyś do piekła i z powrotem.
Luke jedynie się zarumienił na te słowa. Czując nagły brak ciepłego ciała obok siebie, wzdrygnął się. Słyszał jak Isaac przeszukuje szafki i wstawia wodę. Jeszcze przez chwilę patrzy się na napisy końcowe filmu, który oglądali przez ostatnie trzy godziny i podnosi się z kanapy. Przechodząc obok lustra w przedpokoju, zatrzymuje się. Patrzy na swoje odbicie w lustrze i przekrzywia głowę. Bałagan na jego głowie, który zawdzięcza Isaacowi jeszcze tylko się potęguje. Koszulka z tarczą Kapitana Ameryki wisi na nim luźno, pokazując jeszcze bardziej jak chudy jest. Tak samo jak szare dresy, które wiszą na nim tylko dzięki ściągaczowi mocno zaciśniętym na biodrach.  Ale to wszystko mógłby znieść gdyby nie kolor jego oczu. Oczu jego matki. Zielone tęczówki lekko rozszerzone patrzyły się na niego. Przymyka oczy i kieruje się do kuchni.
Obejrzymy coś jeszcze? Widziałem ostatnio fajny zwiastun nowego filmu, może uda mi się go znaleźć w sieci.
- Mógłbyś mnie pocałować?
- Jas...co?
Widzi jak oczy Isaaca rozszerzają się w szoku kiedy dociera do niego o co przed chwilą został poproszony. Luke opiera się barkiem o framugę drzwi i patrzy na niego spokojnie. Ręce luźno wiszą wzdłuż ciała. Isaac czuje jak jego serce zaczyna bić coraz szybciej kiedy zaczyna się przybliżać w stronę Luke. Młodszy chłopak nadal tylko na niego patrzy i to jest chyba najbardziej przerażające w tej sytuacji. Kiedy ma już go na wyciągnięcie ręki, zatrzymuje się.
- Mam cię pocałować? Tak naprawdę? Dlaczego?
- Bo chcę.
Luke odbija się od framugi i jeszcze bardziej zmniejsza odległość między nimi. Przełyka ciężko ślinę i zaciska mocno powieki kiedy ręka Isaaca kieruje się w stronę jego twarzy. Spodziewa się uderzenia, a zamiast tego czuje delikatny dotyk na policzku.
- Hej. Nic ci nie zrobię. Spokojnie.
Otwiera powoli oczy i od razu patrzy w te brązowe należące do drugiego chłopaka. Ich czoła się ze sobą sykają, a ciepłe powietrze wylatujące z ust Isaaca miesza się z urywanym oddechem Luke.
Isaac...
Głos załamuje mu się w połowie. Palce starszego chłopaka obrysowują kształt jego warg, które pod dotykiem mimowolnie się rozchylają. Kiedy Luke wszedł do kuchni i rzucił te trzy słowa, nie spodziewał się, że Isaac się zgodzi. Nie spodziewał się, że to będzie tak elektryzujące.
Tak nowe. Świeże. Piękne.
Isaac prawie od samego początku mówił mu, że powinno się brać to co daje nam życie. A skoro ono postawiło na drodze Luke Isaaca, ten nie zamierzał się z tym kłócić.
I coś w końcu zmienić.
A ten pocałunek – z chłopakiem, który dał mu tyle ile mógł i dużo więcej – miał być jego pierwszym krokiem.

Linki

czwartek, 4 sierpnia 2016

Rozdział 6

Zapraszam ślicznie do komentowania. Jesteśmy w połowie opowiadania, a przed nami jeszcze prócz tego Dodatek, który będzie publikowany po 12 rozdziale.
Pozdrawiam :)

***

James nie wie gdzie jest granica. Luke natomiast czuję ją już po piątym uderzeniu w brzuch i żebra. Przyjaciele Jamesa trzymają go w mocnym uścisku i śmieją się. Śmieją się w chwili,w której Luke ma ochotę umrzeć, a ich pociągnąć ze sobą na samo dno Piekła.

Ale on Piekło ma już na Ziemi. A świadomość, że tak jest wcale mu nie pomaga.

Szóste uderzenie prosto w mostek powoduje, że Luke czuje krew w ustach. Ma ochotę krzyczeć z bólu, ale wie, że James tego nie lubi. Chłopak nie lubi kiedy ofiara mu się wyrywa.
Bo tym właśnie jest dla niego Luke. Ofiarą, zabawką, którą można się pobawić. A jak się znudzi, rzucić w kąt i wrócić do niej w każdej chwili.

Siódme uderzenie jest w twarz.

Luke do tej pory nie wypracował żadnej metody jak przyjmować uderzenie w szczękę. Miał na to kilka lat, ale to i tak nie było zbyt owocne lata jeśli chodzi o naukę. Tym razem zaciska mocno zęby jak tylko widzi zaciśniętą pięść lecącą w stronę twarzy. Boi się, że w ten sposób straci siódemki albo dolną piątkę. Chociaż i tak nie ma zamiaru się do nikogo szczerzyć aby było widać ewentualny brak tych zębów. Luke chyba nawet zapomniał jak to jest się szczerze uśmiechać. Leciutkie podnoszenie kącików ust, które powodował ostatnio Isaac było dobrym początkiem do przypomnienia sobie tego.
W tym momencie chłopak ma ochotę sam siebie spoliczkować. Po raz kolejny Isaac zaprząta mu myśli. I to w ten irytujący sposób, o który by się nie podejrzewał, że może myśleć o chłopaku.

Ósme uderzenie jest najcelniejsze i to powoduje, że niechciane łzy pojawiają się w kąciku oczu Luke. Pięść Jamesa trafia idealnie między obojczyk, a krtań. Przez chwilę boi się wziąć wdech by nie spowodować jeszcze większego bólu, ale szybko się poddaje.

- Masz dosyć, dziwaku? Jesteś tak słaby, że nie dajesz rady przyjąć kilku ciosów? Jak mężczyzna. Tatuś nie nauczył cię bronić?

Nie odpowiada. Nie wie nawet co miałby powiedzieć. Wszystko miesza się w niewyraźną breję wspomnień i kolorów.

Luke nie ma pojęcia czemu pozwala się tak traktować. A może po prostu potrzebuje kogoś kto byłby w stanie kierować jego życiem. Nawet jeśli sprowadzałoby się do jego masochizmu.

Luke był masochistą.

Dociera to do niego w chwili kiedy leży skulony na zimnej podłodze i płacze z bezsilności. Nie ma siły wstać, wrócić do domu i zmierzyć się z setką pytań jakie padną w chwili kiedy ktoś zobaczy jego poobijaną twarz. Chociaż jakby miał jakiś wybór wolałby przeżywać załamanie nerwowe w swoim tymczasowym pokoju, niż w ciemnym parku pod gołym niebem.
Jego oprawcy zostawili go jakieś dwie godziny temu, a on nie ruszył się nawet o pół metra. Jedyne na co go stać jest oddychanie z bólem i myślenie o tym co robi z własnym życiem.
I że czas na zmiany.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Rozdział 5


Czasami, ale tylko czasami, Luke myślał, że nie pasuje tutaj. Nie do końca mógł określić gdzie znajduje się  tutaj, ale to nie miało znaczenia. Czuł się inny, odosobniony i zbędny kiedy patrzył na ludzi wokół niego. Ludzi, którzy mieli marzenia, plany i życie do przeżycia. Którzy żyli.
Luke im tego zazdrościł.
Zazdrościł tego, że uśmiechają się kiedy wstają, patrzą na swoją drugą połówkę jedząc śniadanie, a przed pójściem do pracy żegnają się z rodziną.
Zazdrościł im chęci do życia.
On sam stracił je kiedy po raz pierwszy sięgnął po żyletkę. Sam nie wiedział czemu to robi. Wiedział, że to jest złe, że gdyby tylko mama by po przyłapała miały duże kłopoty. Ale jego mama nie żyła, a on musiał codziennie rano wstać z łóżka i udawać, że żyje. Nie robił tego z myślą, że któregoś dnia nacięcie będzie zbyt głębokie i po prostu wykrwawi się na śmierć.
Robił to po to aby coś poczuć. Nawet jeśli miałby być to ból wywołany żyletką sunącą się po nadgarstku chłopaka.
Robił to nadal mimo że powodowało to łzy i niepotrzebne blizny.
Robił to.
Robił to, ponieważ nikt nie powiedział mu, że nie powinien w ten sposób się niszczyć.
Robił to, ponieważ nie miał nikogo kto mógłby mu w tym przeszkodzić.
A świadomość tego była jeszcze gorsza. Kiedy więc jadł śniadanie i patrzył na ludzi, którzy stali się jego rodziną zastępczą, miał łzy w oczach. Patrzył na trójkę małych urwisów, które zaczęły się obrzucać śniadaniem i miny, które wskazywały, że aktualna bitwa jest dla nich najważniejsza. Patrzył na kobietę, tak niepodobną do jego matki, która mimo wszystko starała się, aby zapewnić mu namiastkę domu Patrzył na mężczyznę, dzięki któremu mógł bezkarnie patrzeć jak to jest mieć ojca, który zmęczony po ciężkiej pracy ma jeszcze siłę bawić się w salonie z dzieciakami. Z dzieci, które są takie same jak on. Sierotami uratowanymi od zamieszkania w domu dziecka przez tą dwójkę ludzi. Dwójkę wspaniałych ludzi, którzy nie oczekiwali niczego od żadnego z nich, no może oprócz szczerego dziękuję.
Luke, zjadłeś już?
Tak.
Patrzył w zielone oczy kobiety, która dała mu dach nad głową, odrobinę ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Patrzył i nie mógł wydusić z siebie nic więcej oprócz krótkiego potwierdzenia. Patrzył na jej ciepły uśmiech, drobne dłonie, jasne włosy i zastanawiał się czy ta kobieta wie jaka jest. Czy ma świadomość tego, że dzięki tym wszystkim małym gestom skierowanych w jego stronę, poczuł, że żyje.
Mógł wziąć oddech, nie martwiąc się czy następny nie będzie ostatnim.
Mógł się uśmiechnąć się do przypadkowej osoby, które spieszyła się na przystanek autobusowy. Mógł to zrobić z świadomością, że jedyne z czym się spotka to z zdziwionymi spojrzeniami reszty przechodniów.
Mógł to zrobić.
To nie znaczy jednak, że tak się stanie. Kiedy więc wstał od stołu i skierował się ku wyjściu, założył kaptur na głowę, wsadził słuchawki do uszu, puszczając głośno muzykę i trzasnął lekko drzwiami, nie patrzył na nikogo. Miał pochyloną głowę w dół, tak aby nie musieć patrzeć na tych wszystkich ludzi. Wiedział, że nie wytrzyma w szkole choćby pół godziny. Mijając budynek liceum, nie wszedł przez dwuskrzydłowe drzwi. Skierował się prosto do mieszkania Isaaca. Potrzebował jego obecności, ciepłych ramion i kubka z zieloną herbatą. Potrzebował jego wesołego paplania o niczym i świadomości, że jest obok.
Potrzebował kogoś kto wytłumaczy mu co to znaczy żyć.
Sam Luke nie wiedział czy te wszystkie strzępki emocji, które czasami atakują jego ciało, są czymś więcej.
A Luke chciał poczuć coś więcej oprócz bólu.

wtorek, 26 lipca 2016

Rozdział 4

Osobiście uważam ten rozdział za najsłabszy i nazywam go znienawidzonym przez siebie terminem rozdział przejściowy, ale jest on potrzebny byśmy mogli pójść dalej z historią.
Zachęcam ślicznie do komentowania
Pozdrawiam :)

***

Poczekalnia psychologa, do którego chodził Luke była niebieska. Niebieskie ściany, krzesła, żaluzje w oknach, włosy sekretarki, obrazki, które przedstawiały morze, jego myśli. Wizytę miał dopiero we środę, ale musiał z kimś porozmawiać. Z kimś kto zauważy jakie postępy zrobił i powie, że się spisał. Ktoś kto go doceni

Dobra robota, Luke. Jestem z ciebie dumny.

A te puste słowa mógł mu powiedzieć tylko psycholog. Czekał już pół godziny i zdążył wymyślić kilka wersji tego co powie mężczyźnie. Zastanawiał się jak mu powiedzieć, że zgodził się na pójście z całkowicie obcym mężczyzną do jego mieszkania tylko dlatego, że ten miał zieloną herbatę. Został przekupiony kilkoma liśćmi zalanymi wrzątkiem.
Żałosne, naprawdę.
Już widzi minę psychologa. Ale to nie wszystko! Został przekonany również by założyć dresy Isaaca podczas gdy jego ubrania, suszyły się na kaloryferze. Dał się usadzić na wygodnej kanapie i do wypowiedzenia więcej niż trzech słów w całym zdaniu. Raz czy dwa uśmiechnął się w miarę szczerzę, bo cholera Isaac, naprawdę wiedział jak wywołać na jego twarzy uśmiech. I może to wszystko nie zdarzyłoby się gdyby nie poszedł wtedy na cmentarz i nie zaufał temu chłopakowi.
Bo tak właściwie doktorze to ja go spotkałem na cmentarzu, jak poszedłem na groby mojej rodziny, którą spaliłem żywcem. Spokojnie, nic złego się nie stało. Isaac nie okazał się gwałcicielem, ani seryjnym mordercą, który zakopuje swoje ofiary w ogródku. Jest naprawdę miłym chłopakiem, z którym mógłbym spędzić jeszcze trochę czasu, bo przy nim zapominam jak to jest być sierotą. Może to na związek z tym, że Isaac pochłania całkowicie moją uwagę kiedy jest w pobliżu i zapominam o wszystkim. Do tego jak coś opowiada to mimowolnie przygryza kolczyk w wardze, co jest po prostu...

- Czy on ci się podoba, Luke?

Co? Przecież podobają mu się dziewczyny! Szaleje za Lucy kiedy bawili się jeszcze w piaskownicy. Jak była mała, rozwydrzona, płaska i z dwoma śmiesznymi kucykami na czubku głowy. Chociaż kiedy miał szansę zobaczyć ją kiedy przebierała się w szatni, zrezygnował. Czuł się okropnie kiedy widział ją z ukrycia i zaczął coś gadać o prywatności dla niej i innych dziewczyn. Ale to nie znaczy, że woli chłopców, do cholery! A to był czysty przypadek, że zobaczył tatuaż na biodrze Patricka, który na co dzień jest dobrze zakryty przez materiał bokserek. Mały skarabeusz był na linii jego wzroku kiedy podniósł głowę i nie mógł go przegapić. Ale dopiero po tygodniu wygonił ten obraz z własnej głowy.

- Nie jestem gejem.

Jakby mu tego jeszcze brakowało. Sierota, który potrafi strzelać z dłoni kulkami ognia, mieszkający aktualnie w rodzinie zastępczej, lubi chłopców. Idealny materiał na chłopaka. Powinien dać takie ogłoszenie w gazecie w rubryce matrymonialnej. Nie mógłby się odpędzić od propozycji.

- Luke, ale pamiętaj, że to nic złego. Nie czyni to z nas ludzi gorszych lub mniej wartościowych. Bliscy takich osób są najczęściej wyrozumiali. Sądzę też, że twoja mama - gdyby żyła – nie miała by z tym probl....

- Niech pan przestanie pieprzyć o tym co moja mama mogłaby pomyśleć! Nie znał jej pan, a udaje jakby było inaczej! I niech się pan w końcu przestanie wtrącać w sprawy, które pana nie dotyczą! Rezygnuje z terapii.

Wyszedł trzaskając niebieskimi drzwiami.

piątek, 22 lipca 2016

Rozdział 3

Kiedy przychodzi po raz pierwszy - od czasu pogrzebu - na cmentarz, pada. Idzie niepewnie między alejkami, ściskając w dłoni kwiaty i mały znicz. Czuje jak deszcz kapie mu z końcówek blond włosów. Kiedy wychodził z domu, nie wziął nawet bluzy, ale nie żałuje tego. Chociaż nie musi powstrzymywać się od płaczu. Łzy mieszają się z wiosennym deszczem, a on nawet nie stara się ich wytrzeć. Ostatnio płakał na komendzie jak musiał złożyć zeznania. To było zaraz po tym jak wyciągnęli go, bez najmniejszego oparzenia, z płonącego budynku. Policjant zadawał masę pytań, a on nie wiedział co się dzieje. Chciał tylko wiedzieć co z jego mamą i siostrami, a kiedy mężczyzna powiedział mu, że zginęły, miał wrażenie, że świat na chwilę się zatrzymał. Nie docierały do niego następne słowa policjanta, a ni to, że zaczął płakać jak małe dziecko. Nie mógł się uspokoić, a co dopiero odpowiedzieć co się wtedy stało.



Jego mama i siostry zginęły przez niego. Zabił własną rodzinę. A teraz jedyne co może zrobić to zapalić znicz na ich grobie i błagać o wybaczenie.



Kiedy kładzie kwiaty na nagrobku w tle nie gra smutna muzyczka. On nie pada na kolana, chowając twarzy w dłonie. Jedyne co robi to stoi jak sparaliżowany, patrząc się tępo w wygrawerowane literki. Zamiast przejmującego smutku czuje jakby miał zaraz zwymiotować na własne buty. Jego drżenie nie jest spowodowane powstrzymywanym płaczem, tylko histerycznym śmiechem. Luke, przez chwilę myśli, że zwariował. Nie, wróć on nigdy nie był normalny.



Z ciepłego wiosennego deszczu zrobiła się ulewa, która zmoczyła mu całą koszulkę i spowodowała, że dżinsy przykleiły się do skóry. Nie ma pojęcia ile tam stał, ale jeśli zaraz się nie ruszy, to skończy z przeziębieniem i tygodniowym pobytem w łóżku. Co z kolei pozwoliłoby mu na wielogodzinne analizowanie własnego życia. A tego wolałby uniknąć. Jak wielu rzeczy z resztą.



- Przeziębisz się.



Gdyby nie był mężczyzną zacząłby piszczeć jak nastolatka na widok zdechłego kota. Zamiast tego mógł jedynie wzdrygnąć się na niespodziewany dotyk. Obok niego stał zwyczajny chłopak. Ciemne włosy, brązowe oczy i kolczyk w wardze. Pewnie gdyby nie stali teraz pod jego parasolem, a Luke nie docenił, że w końcu na niego nie pada, odszedłby bez słowa.



- Taaaak, dzięki.



- Rozmowny jesteś nie ma co. Ale spoko ja mogę mówić za nas dwóch. Poza tym jestem Isaac i mieszkam niedaleko. Jak chcesz możemy iść do mnie, no chyba, że wolisz stać w tej ulewie. Nie rozumiem co ludzie lubią w deszczu. Nooo, chyba, że ty lubisz deszcz? Gdybym wiedział, że będzie tak padać to bym w życiu nie wyszedł na zewnątrz. Chociaż gdyby mi za to zapłacili, to kto wie. Kasy nigdy za wiele, nie?



Luke, nie wiedział jak można tak dużo gadać. Chyba, że na temat Kapitana Ameryki i jego rzekomego romansu z Czarną Wdową. Ten chłopak był dziwny, musiał to przyznać. I pewnie jeszcze kilka miesięcy temu nie zgodziłby się nigdzie pójść z nikim kto zaczepił go na cmentarzu, ale wiele się zmieniło. On się zmienił.




- Jeśli masz zieloną herbatę, to chętnie.

niedziela, 17 lipca 2016

Rozdział 2

Rozmowy z psychologiem nie pomagają. Męczy go ciągłe odpowiadanie na pytania, które nie mają większego sensu. Nazywanie swoich uczuć, których nie może zrozumieć, a co dopiero zdefiniować. Na pytania odpowiada, nie zagłębiając się w szczegóły. Po spojrzeniu psychologa wie, że on ma tego świadomość, ale nie zamierza tego zmieniać. Mężczyzna namawia go do szczerej rozmowy.

Luke boi się tego. Boi się pozbyć tego ciężaru, który ma na klatce piersiowej. Boi się tego co się stanie jak to zniknie. To co nie pozwala mu normalnie oddychać jest jednocześnie powodem, który trzyma go przy życiu. A kiedy pozbędzie się ciężaru nie zostanie mu nic. Ta nicość przeraża go jeszcze bardziej niż samobójstwo.

Gdybyś mógł to co byś zmienił w swoim życiu?

Na pewno wyznałby swoje uczucia Lucy, która podobała mu się od czwartej klasy podstawówki. Robiliby te wszystkie romantyczne gówna (z trzymaniem się za ręce – jeśli tylko by tego chciała). Ale Lucy nie wie o jego istnieniu i jest to trochę żałosne, że po tym wszystkim ona jest dla niego ważna.

Nie pozwoliłby żeby kolejny raz James i jego banda zrobili z niego worek treningowy. Nigdy więcej nie leżałby skulony na posadzce w szkole kiedy to oni stoją nad nim z minami zwycięzców. Nauczyłby się bić tylko po to, aby pokazać im, że jest kimś więcej niż mięczakiem w za dużych koszulkach z postaciami z Marvela.

Odszukałby ojca i zapytałby jakim skurwysynem trzeba być by zostawić kobietę w ciąży. Powiedziałby mu o tych wszystkich chwilach kiedy tak bardzo potrzebował w swoim życiu mężczyzny, a jego nie było. Jak pytał mamy gdzie jest jego tata, bo inni koledzy mają kogoś kto pokaże im jak grać w kosza i łowić ryby. Luke nigdy nie łowił ryb. Musiał za to starać nie płakać w nocy kiedy zostawał sam, bo mama poszła na nocną zmianę do pracy, by mogli zapłacić za mieszkanie.

Jego mama nie pracowałaby po szesnaście godzin dziennie tylko sześć, gotowałaby by obiady i wychodziła z trojaczkami na spacer i plac zabaw. A on miałby czas spędzić z mamą trochę czasu. Wieczorem siadaliby w salonie z kubkami gorącej czekolady i mogli porozmawiać. Ale nie o jego wiecznych problemach w szkole i bójkami z kolegami. Tylko o czymś przyjemnym. Zaplanowaliby wakacje, albo coś w tym stylu. Mama zawsze chciała zwiedzić Paryż i zobaczyć więżę Eiffla. Nigdy nie rozumiał czemu ludzie się tak zachwycają nad tą kupą żelastwa, ale zrobiłby mamie nawet to śmieszne zdjęcie gdzie wieża wydaje się małą zabawką. O i kupiłby jej kubek z napisem Kocham Paryż. Piłaby z niego poranną kawę przed pójściem do pracy.

Oddałby wszystko, naprawdę wszystko, by jeszcze raz poczuć dotyk jej ust na swoim czole i usłyszeć ciche kocham cię synku powiedziane tuż przed jej wyjściem. Chciałby zobaczyć jak wraca zmęczona z pracy i uśmiecha się widząc dziewczynki, które oglądają jakąś głupią bajkę w telewizji z otwartymi ustami. A kiedy widzą ją, zrywają się z kanapy i pędzą się przywitać. Każda z nich dostaje po buziaku, a on na migi informuje mamę, że idzie odgrzać obiad dla niej i znika za drzwiami kuchni.
Ale wszystko co posiada jest schowane w małej sportowej torbie, leżącej przy nogach łóżka. A to za mało by martwi mogli wrócić do świata żywych.



Rozdział 1

Miesiąc po pożarze, Luke zaczął myśleć o samobójstwie. Szuka dobrego sposobu by ze sobą skończyć. Nie chce robić problemu nowej rodzinie zastępczej, bo tylko dzięki niej, nie jest teraz w domu dziecka. Wie, że aby zmyć krew z dywanu potrzeba wiele czasu. Łazienkę odrzucił na wstępie. Któreś z dzieciaków weszłoby szybciej, niż by zdążył zrobić pierwsze nacięcie. Chociaż gdyby zrobił to w wannie, to oszczędziłby im sprzątania. Wystarczyłoby odkręcić kurek, a jego krew spłynęłaby razem z wodą.Jednak istnieje spore prawdopodobieństwo, że ktoś go znajdzie i uratuje. Nie zniósł by jeszcze większej ilości współczujących spojrzeń i pytań czy wszystko jest w porządku.Zabił mamę, która pracowała szesnaście godzin na dobę, by zapewnić im normalny dom. On go spalił w pół godziny.Zabił swoje trzy małe siostry.

Izzy.
Mary.
Cassie.

Widział ich uśmiechnięte buzie, gdy znalazł je w kuchni całe ubrudzone czekoladą. Słyszy ich piski i szloch gdy ogień dociera do dziecinnego pokoju.Słyszy krzyk Matta, który próbuje dostać się do mieszkania. Kiedy w końcu wyważa drzwi, ogień go natychmiast atakuje. Trafia do szpitala z poparzeniami trzeciego i czwartego stopnia. Umiera na sali operacyjnej.

No kurwy nędzy, nic nie jest w pierdolonym porządku!

Zabił własną rodzinę.
Widzi to wszystko gdy tylko zamyka oczy.
Wtedy też zastanawia się czy nie wywołać drugiego pożaru. Mógłby go, tym razem, opanować, a wtedy byłaby tylko jedna ofiara. On. Luke Jones. Pewnie znowu pojawiłby się w gazetach. Już widzi te nagłówki, które robią z niego biednego nastolatka, który stracił rodzinę. Te same czasopisma miesiąc wcześniej pisały o strasznej tragedii jaka stała się na Brooklynie. Pożar zniszczył pół kamienicy. Sprawcy nie znaleziono, ale dochodzenia nadal trwa. Na tym etapie śledztwa wykluczono nieszczęśliwy wypadek.Może wtedy z jego samobójstwa zrobiliby kolejny atak Szalonego Joe. Nie udało mu się zabić wszystkich za jednym razem i teraz dokańcza sprawę. Stałby się wtedy kolejną ofiarą szaleńca.Bo on jest całkowicie normalny. Mama często mu to powtarzała. 
Jesteś normalnym dzieckiem, Luke.
Normalne dzieci czasami podpalają swoje łóżka jak budzą się z koszmaru. Normalne dzieci mają 39 stopni temperatury, nawet jak w zimę wyjdą na balkon w krótkim rękawku. Normalne dzieci zapalają świec poprzez pstryknięcie palcami. Normalne dzieci zabijają swojej rodziny, mamo. Normalne dzieci planują kupić broni, w jakimś ciemnym zaułku, włożyć lufy do ust i strzelić. Zaraz jednak rezygnuje z tego pomysłu. Przez piętnaście lat mieszkał na Brooklynie, mając za sąsiada dilera trawki, ale nie ma pojęcia gdzie kupić pistolet.

- Luke, kolacja!

Och, no cóż. On jest po prostu żałosny. 

Kilka słów o moim pisaniu

Dużo osób pyta mnie jak piszę. Jak to robię, że mam taki, a nie inny styl. Nie mam pojęcia.
Okej, może nie powinnam zaczynać tego w ten sposób. Nie piszę tego po to, aby się pochwalić w jaki to ja sposób piszę i inni mi zazdroszczą. Bo tego czego ja innym zazdroszczę to jest pikuś przy moim talencie pisarskim. Jakbym to można było nazwać talentem nazwać. Przynajmniej na tym poziomie, na którym obecnie stoję.
Dobra, zaczynamy od początku. Po raz drugi. Jakby podczas pisania, nie zaczynamy po raz dziesiąty tego samego, bo coś nam nie pasuje.
Nie chcę pisać tego w żadnej formie poradnika pisarskiego, ani nic. Tylko siedzi mi to w głowie od kilku dni i muszę się tego pozbyć.
Najpierw są odpowiednie przygotowania.
Trzeba zrobić sobie kubek gorącej herbaty, odnaleźć zagubiony telefon i sprawdzić pocztę, opatulić się kocem tak umiejętnie, by nie stać się kostką lodu podczas pisania i na tyle szybko, by polecieć po coś do jedzenie do kuchni.
Muzyka. Nie żadne nowości, bo zacznę się wsłuchiwać w tekst piosenki i zachwycać głosem piosenkarza, a nie tym, że uśmiercam głównego bohatera. Coś znanego i jednocześnie takiego, że jak się zatrzymam nad klawiaturą z miną idiotki, to tekst będzie orzeźwiający. Nie ma znaczenia czy śpiewają po angielski, polsku czy francusku. Ważne, że coś leci i można się skupić na czymś innym niż uderzaniem palców o klawiaturę.
Wiecie co jest najgorsze w pisaniu? Nie, brak weny. To jeszcze jakoś wytrzymam. Brak czasu na pisanie. I ciągle – wieczne – przerywanie, tak mamo to o tobie, przerywanie w pisaniu. Pytania typu co robisz?po kilku latach zaczęły się robić żmudne. Jak już znajdę chwilę, zbiorę wszystkie potrzebne mi rzeczy do pisania, a inne arcyważne czynności mogą poczekać ktoś zagląda mi w ekran komputera i czyta to co piszę. Nie cierpię tego.
Nie wiem jak inni pisarze i raczej nie zbiorę się na odwagę by ich kiedyś o to zapytać. Zapominam imion swoich bohaterów. Główny bohater – to główny bohater – on jest jedyny w swoim rodzaju i o żadnym, którego kiedyś stworzyłam nie zapomnę, ale reszta to masakra. Muszę się wracać, szukać w poprzednich rozdziałach kiedy wspominałam jego/jej imię, albo jakąś cechę. Kolor oczy czy coś w tym stylu. Aż wstyd przyznać. Tak samo jest w rzeczywistości. Człowiek mi się przedstawia, a ja po dwóch sekundach zapominam jego imię. Nie przywiązuje do tego takiej wagi. No chyba, że poszukuję imienia dla swoich bohaterów. Wtedy liczy się każdy aspekt. Tak samo jak ich wygląd i zdjęcia w zakładce bohaterowie. To moje małe zboczenie. Przecież każde jakieś ma, prawda?
Odbiegłam trochę od tematu, nieprawdaż?
Już wracam. Przed pisaniem rozdziału, fragmentu – wchodzę w magiczną zakładkę Bohaterowie. To pomaga. Nie dotarłam jeszcze to tego w jaki sposób, ale tak jest. Jak patrzę na postaci, które są moje. Stworzone przeze mnie od początku – czasami wzorowane na różnych osobach, ale są jednak moje – do końca i nikt nie ma prawa mi ich zabrać. To jest piękne.
Tak samo piękne i moje małe serduszko skacze jak głupie jest moment kiedy czytam komentarze pod moimi tekstami. Nie ma znaczenia czy to jest rozdział wstawiony sprzed tygodnia, miesiąca, miniaturka sprzed trzech lat czy wczorajsza.
Komentarze to najpiękniejszy dar jaki może dać czytelnik autorowi.
Nie żadne gwiazdki, followersy, obserwatorzy czy nie wiadomo co jeszcze. Komentarz – wyczerpujący, przede wszystkim, jest zapewnieniem przez czytelnika, że docenił i poświęca swój czas nie tylko na przeczytanie, ale i na skomentowanie tego co przeczytał.
Sama nie umiem pisać krótkich komentarzy. Wiem, że niektórzy nie umieją pisać więcej niż trzy zdania. I doceniam każdy komentarz jaki pojawia się pod moją pracą. I z tego miejsca chcę podziękować każdej osobie, która pisze komentarze. Jesteście wielcy. Swojego czasu kiedy znajdowałam czas na czytanie, komentowanie, pisanie i życie prywatne – ciekawe kiedy to było – wiem jak inni autorzy opowiadań doceniali moje komentarze. Bo komentarze mają moc. Niosą ze sobą nie tylko wiarę, że dobrze wykonujemy swoją pracę, że ktoś nas docenia. Dają siłę.
Dobra, zrobiło się troszeczkę sentymentalnie, prawda?
No cóż, może ja na pierwszy rzut oka nie wyglądam na osobę sentymentalną, ale taka jestem.
Idziemy dalej. Jeśli was jeszcze nie znudziłam i czytacie to z taką samą frajdą jaką ja to piszę, to bardzo dobrze.
Okej, czyli mamy już zimną herbatę, rozwalony koc i pół playlisty za sobą. Możemy przystąpić do pisania. Tylko które opowiadania wziąć? Jest ich tyle. A w ostatnim czasie myślałam o jakimś nowym i przydałoby się napisać jakąś miniaturkę, bo jeszcze wyjdę z wprawy, a w końcu od tego wszystko się zaczęło. Pierdolenie o Szopenie.
Obiecałam sobie kiedyś – dawno, dawno temu, że nigdy nie będę pisać kilka opowiadań naraz. To się po prostu nie sprawdza. Nie mam problemu by czytać kilka(naście) książek/opowiadań w ten sposób. Ale nigdy pisać. Jeśli mam pisać historię to chcę to robić w taki sposób by było widać, że daję z siebie przy tym 100 procent. Mogę robić zarys historii, zakładkę Bohaterowie, Chronologię i opis do katalogu do trzech innych historii. Ale rozdziały piszę do jednego opowiadania. Chyba, że stwierdzę: Potrzebuję od niego przerwy. Wrócę tu za dwa miesiące, a teraz biorę się za co innego. Okej. Trzeba znać swoje możliwości.
Czasami mam wrażenie, że się wypaliłam. Że utknęłam w jednym punkcie i nigdy nie pójdę już dalej. To jest strasznie przerażające. Najczęściej nie ma to przyczyny w pisaniu, ale się w nim objawia. Może nie powinnam tutaj o tym pisać, ale ja to widzę w niektórych pracach. Nie wiem jak to odbiera druga strona. Nie wiem czemu to znika tak nagle jak się pojawia, ale chcę byście to wiedzieli. Miało to być kilka słów o tym jaki piszę, a nie o tym jakie mam problemy.
Ale pisanie to nie tylko przyjemność. I brak Weny. Takie myślenie jest po prostu żałosne.
Prawdziwe pisanie. Pewnie znajdzie się osoba, która mi zarzuci, że ja nie mam pojęcia o prawdziwym pisaniu. Może i nie. Ale czy ta druga osoba ma takie pojęcie? Jeśli nie, to niech się zamknie. Prawdziwe pisanie to radość pomieszana z cierpieniem.
Cieszysz się, że masz pomysł na fabułę, bohatera i całą resztę. Cierpienie przychodzi z czasem. W momencie kiedy siedzisz godzinami na kartką/klawiaturą i zastanawiasz się w jaki sposób ubrać w słowa to co masz w głowie. Obraz idealny, który masz przed oczami już taki nie jest kiedy patrzysz na to co zapisałeś. Wtedy jest cierpienie. Przecież było dobrze! Więc co się stało? Czy to przez to, że znasz za mało słów, a może to wcale nie było takie dobre? Głupie myśli nachodzą człowieka. Naprawdę głupie.
I wtedy najlepiej wstać, wziąć kubek, który stoi obok nas od samego początku i pójść do kuchni. I przestać myśleć. Nie rozglądać się za inspiracją, tak jak to się robiło przez poprzednie kilka godzin. Zrobić coś zwykłego, codziennego, niepotrzebującego zbyt dużego wysiłku ze strony mózgu.
To pomaga.
Dużo – naprawdę dużo – autorów opowiadań pisze, że jakiś bohater (niekoniecznie główny) ma dużo ich cech. Pisarze przerzucają swoje lęki, problemy, nawyki, charakter, ulubione smaki na bohaterów, których tworzą. I nie mają czego się wstydzić. Bo, do cholery, czy ja się wstydzę, że nie lubię truskawek? Nie. Z pisania, a w szczególności jak piszemy w narracji pierwszoosobowej, mamy czerpać radość. Problemy jakie napotykamy podczas tego to co innego. Jeśli autorka cierpi na bulimię to istnieje duże prawdopodobieństwo, że jej bohaterka też będzie na to chorowała. To nie znaczy, że jak ja piszę, że Luke się tnie i jest masochistą to ja też. To tylko przykład. Przemyślenia Luke o życiu to w dużej mierze moje przemyślenia. Nie da się pisać i odciąć się od bohatera.
Dlatego kiedy nie dajemy rady pisać, to nie róbmy tego na siłę.
Odpocznijmy i wtedy wrócimy do opowiadania z nową energią.
Mam nadzieje, że nie przeszkadza wam moje przeskakiwanie z liczmy mnogiej do pojedynczej. Momentami jest mi pisać wygodnie z jednej perspektywy, a za chwilę z drugiej.
Skąd ja biorę inspirację?
To chyba powinno być gdzieś na początku, a nie o jakiś pierdołach. Ale te pierdoły są w sumie ważne. Jak wyłączę już internet w telefonie i podłącze go do ładowarki, wezmę leki na noc i zgaszę światło to następuję ta najpiękniejsza chwila w ciągu całej doby. To moment, który uwielbia i przyznaje się do niego 90 procent ludzkości. Sen na jawie. Wyobrażamy sobie sceny, które nigdy się nie spełnią. Piękne i przykre zarazem.
Zdradzę wam tajemnicę.
Nigdy nie snujcie wtedy planów o swoich bohaterach. Bo kiedy to jest już w waszej głowie, zaraz jest też moment, że nie chce się ruszyć by gdzieś to zapisać. A rano w głowie jest pustka. A przecież to było takie genialne!
To jest jak z medytacją. Ci co nie wiedzą co to jest, to niech sobie to wygoglują. Trochę tak i trochę nie. Jeśli piszemy w pierwszej osobie, sprawa się trochę komplikuje. Wyobrażamy sobie konkretną scenę. I nie jesteśmy główną postacią. Tylko Narratorem. Kimś totalnie z boku, który tylko patrzy i widzi nawet to co nie dostrzega reszta. To jest świetne uczucie jeśli zrobisz to na 100 procent. A później przelewasz to na papier. I jak piszesz, że wchodzi do morza to piszesz, że wchodzi do tego morza. Masło maślane wyszło w ostatnim zdaniu, ale trudno.
Stopy zapadają jej się w piasku, słońce pali w oczy, czuje zimne kropelki na udach mimo że dopiero jest po kostki w wodzie. Słyszy jak fale płyną w jej stronę. To wszystko powoduje, że coraz bardziej posuwa się naprzód. Muszelki i glony zahaczają o jej stopy jak stawia coraz bardziej odważne kroki w głąb oceanu. Drży na całym ciele, bo woda wcale nie jest tak ciepła jak się spodziewała. Ciemna woda oceanu sięga jej teraz do kolan. Jest jej coraz zimniej, ale uparcie brnie dalej.
Pisane teraz na szybko, nawet za bardzo nie wiem po co. Jeśli osoba, która napisze te kilka zdań jakby patrzyła na to jak ta nieznajoma kobieta wchodzi do wody, ale jednocześnie odczucia jakie jej towarzyszyły są żywcem ściągnięte z autora, to daje taki piorunujący efekt. To chyba zasada pisania w trzeciej osobie, ale nie jestem pewna.
Bo jaka jest pasja z pisania jeśli trzymamy się zasad? Trzeba kombinować, pisać według własnego uznania. Nawet jeśli będzie źle.
Pisałam gdzieś na początku, że to nie jest poradnik pisarki. Chyba coś nie wyszło patrząc na to co przed chwilą napisałam o tym wejściu do wody.
Okej, krótka odpowiedź.
Czerpię inspirację z ludzi. Rzeczy. I samej siebie. To trochę zabrzmi egoistyczne. Ale ja sama jestem dla siebie inspiracją. Moje wymyślone historie przed snem, które nigdy się nie spełnią, moje przemyślnie, problemy, to co widzę. Wszystko jest inspiracją. Wszystko.
Bo wszystko w życiu ma jakiś sens.
Nasze pisanie też. Nawet jeśli jest o dupie marynie.
Pojęcia nie mam jak to zakończyć.
Chciałabym jakoś ładnie z pomysłem i radą czy innym mądrym słowem. Ale to chyba nie moja rola w tym by rzucać z rękawa mądre słowa.
Jest coś co zawsze i codziennie chciałabym słyszeć.
Nie jest ważne czy ktoś kiedyś doceni twój talent pisarki i wyda w formie książki twoje historie. To naprawdę nie jest ważne. Bo sława przeminie. Ważne jest to, że masz świadomość własnej wartości. Możesz przez całe życie pisać do szuflady. Jeśli robisz to dobrze, rób to dalej. I nawet jeśli każdy zmieszał cię z błotem, rób to dalej. Jesteś jak diament. Tylko oni nie widzą, że ty jeszcze jesteś niedoszlifowana.

Te kilka słów o moim pisaniu zmieniło się w 3,5 strony nie-wiadomo-czego. Liczę, że wam się to podobało, a jeśli nie to, że skończyliście w odpowiednim dla was momencie.
Jeśli – naprawę jeśli i ja was do niczego nie zmuszam – kilku ktosiom się to spodobało, to mogę w przyszłości napisać coś podobnego. Taką wersję 2.0

Pozdrawiam.  

Autorka

Jak znajdę chwilę to postaram się coś nowego naskrobać. Na chwilę obecną to musi wystarczyć.


25 października 2015, godzina 13:52

Nazywam się Natalia.
Taaa, to chyba dobry początek. Prosty, zrozumiały i wiadomo co można napisać dalej.
Nazywam się Natalia i nie mam pojęcia co chcę robić w życiu.
Jak na maturzystkę przystało. Na pytania ,,I co dalej chcesz robić?,, uciekam wzrokiem w bok, wzdycham, uśmiecham się nieśmiało i mówię, że mam jeszcze dużo czasu. Tak naprawdę to tego czasu jest cholernie mało.
Oczywiście chcę mieć niezapomnianą studniówkę, skończyć liceum i zdać naprawdę dobrze maturę. I zacząć studia, które będą mnie interesować.
Ale czy to moja wina, że wszystkie studia kryminologii w Warszawie są płatne? A nie mam zamiaru płacić nawet za drugie podejście do egzaminu. Chociaż wtedy miałabym motywację by zdać wszystko za pierwszym razem.
Chciałabym również mieć swoje własne mieszkanie. Małe, zrobione po swojemu i w jakimś mieście.
Tylko nie w Warszawie. Warszawiacy są... dziwni. Cały czas gdzieś się spieszą, marudzą, a w centrum handlowym trzeba robić slalom między regałami, a ludźmi. Poza tym Warszawa ma w sobie coś przygnębiającego.
DIY to jest genialny sposób, aby zrobić tanio kilka naprawdę ciekawych rozwiązań do mieszkania. Poza minimalizm ma w sobie to coś.
I nie trzeba sprzątać tych wszystkich zakamarków między szafą, a ścianą. Nie muszę się martwić, że podczas snu uduszę się przez kurz, który uzbierał się pod łóżkiem.
Jestem alergikiem i astmatykiem.
To u nas dziedziczne. Ale astmy dorobiłam się przez głupotę rudej lekarki. Za późno wykryte zapalenie płuc i kariera pływaczki poszła w piach.
Nie umiem wyznaczyć sobie granicy. Cały czas przekonuję się jak długo mogę biec, z torbą pełną książek, do pociągu. Tak aby nie brać później leków. To samo jest z pływaniem. Duszę się po przepłynięciu sprintem całej długości basenu, ale na pytanie czy wszystko jest w porządku kiwam głową i dalej macham szaleńczo rękoma do kraula.
Ale umiem udowodnić tym wszystkim niedowiarkom, że daję radę. Nie widziałam osoby, która płynąc żabką dogania osobę, która zapierdziela kraulem. No chyba żeby puścili mi nagranie ze mną w roli głównej.
Może kilka słów o tej internetowej części mnie.
Piszę, czytam, zdarzyło mi się betować, oceniać i prowadzić stowarzyszenia.
Nie znam dokładnej daty kiedy wkręciłam się w blogi i ich otoczkę. Na pewno to było kiedy wszystko działo się jeszcze na Onecie.
Na Onecie nawet założyłam swojego pierwszego bloga... Okazał się niewypałem i było mnóstwo problemów żeby wstawić rozdział, bo Onet wtedy przeżywał swój kryzys.
Ogólnie w internecie przeczytałam ponad 250 tekstów. Opowiadań, drabbli, tasiemców i innych. Nie wspominając tego co wypożyczałam swojego czasu w szkolnej bibliotece i kupowałam.
A to wszystko skończyło się tym, że ff zawdzięczam większość swoich opinii na różne tematy i pierwsze kroki w pisaniu.
Z tym moim pisaniem to trochę dziwna sprawa. Miniaturki nie sprawiają mi dużego problemu, ale jak zaczynam pisać opowiadania to gdzieś przy 4 rozdziale mam kryzys. Zawieszam się i mija trochę czasu zanim się odblokowuję.
Dobra, nie będę więcej przynudzać.
Do usłyszenia,
Demetria :)



Kontakt

E-mail: demetria1050@gmail.com 
Wattpad: https://www.wattpad.com/user/Demeteria1050
Twitter: @zginieszmarnie
Fanfiction: Demetriea


Jeśli ktoś ma ochotę popisać albo zapytać o coś z związku z opowiadaniami to spokojnie, ja nie gryzę xd 
Pozdrawiam 

środa, 13 lipca 2016

O historii

Adres: prosto-w-ogien-luke.blogspot.com
Tytuł: Za tobą skoczyłem nawet prosto w ogień.
Autorka: Demetria
Beta:
Szablon: http://graphicpoison.blogspot.com
Czas i miejsce akcji: Nowy Jork, czasy współczesne.
Główni bohaterowie: Luke Jones, Isaac.
Typ: fanfiction na podstawie serii Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy Ricka Riordana
Data założenia bloga: 13.07.2016
Data zakończenia bloga:
Data opublikowania pierwszego postu: 17.07.2016
Ilość przewidywalnych rozdziałów: 12 + dodatek
Ostrzeżenie: występuje wątek miłości męsko-męskiej
Opis:


Luke to, że jest herosem odkrywa trochę za późno. Jest już wtedy po śmierci jego rodziny i dwóch pożarach, który zostały wywołane z jego winy. Co gorsza, które on sam wywołał. Luke ma moce. Tylko chłopak wcale ich nie chce. Jak każdy dzieciak, który prędzej czy później trafia do obozu. To historia o zaakceptowaniu rzeczywistości, bólu, odnalezieniu samego siebie i pomocy jaka może nadejść nawet wtedy kiedy my nie możemy pomóc już samemu sobie.  


Obserwatorzy